Andrzejki - na strychu
Za czasów mojego ogólniaka bywałem organizatorem różnych imprez, które cieszyły się najczęściej dużym powodzeniem. Wiadomo było, że jak Antek coś zrobi, to nie będzie to na pewno tuzinkowe. I było też tak i tym razem, gdy w Andrzejki zeszli się do mnie moi koledzy i koleżanki z klasy. miało nas być ok. 10 osób, a w porywach bywało nawet do 20. Moi rodzice, którzy dosyć mieli moich wybryków, kategorycznie zabronili mi zapraszać jakichkolwiek znajomych do domu. Oni sami na Andrzejkach mieli się bawić do białego rana w jakimś lokalu, a ja samotnie miałem zostać w domu. Dziadek miał zaglądać, czy niczego nie majstruję. Wiedziałem, że mój anioł stróż, który mieszkał w mieszkaniu nad nami, będzie tylko nasłuchiwał przy drzwiach naszego mieszkania, czy nic się nie dzieje, a ok. godzinki 10. i tak pójdzie spać. Tak na żywca w chacie to się nie odważyłem, ale na strychu to i owszem. Mieliśmy siedzieć cicho, ale jak się towarzycho popiło, to nie wychodziło na to zbytnio. Ostatecznie udało się bez wpadki, ale rodzice
Andrzejki swoje zakończyli koło 3. i rano uśmiechali się tylko tajemniczo, że na naszym strychu najwyraźniej zalęgły się myszy.